O autorze
Sama mówi o sobie - dziennikarka niepokorna, niezależna, niepodporządkowana, ale dobrze zorganizowana. Świebodzinianka z wyboru, zakochana w swoim mężu do szaleństwa. Lubi piec, smażyć, gotować, przyjmować gości i karmić ich tym, co przygotowała. Jej niespełniona pasja to dekoracja wnętrz. Ma uczulenie na głupotę i bezpodstawną krytykę. Optymistka wkurzająca ludzi ciągłym uśmiechem.

Daję dziecku pełną swobodę w życiowych wyborach

Arch. prywatne
Wzięliśmy ślub w kościele, nie chrzcimy dzieci. Byłam lektorem w kościele, nie byłam jednak nawet na mszy pogrzebowej ukochanego dziadka. Kiedy umrę, chcę być skremowana i chcę mieć świecki pogrzeb. Jaka była moja droga do tego, w co dziś wierzę?

Z góry proszę osoby skrajne w każdą stronę o powstrzymanie się od komentarzy, które mogłyby kogokolwiek obrażać. To, co napisałam poniżej to moje osobiste przekonania i doświadczenia. Należy najpierw skonsultować tekst z lekarzem, farmaceutą, homeopatą, mnichem, księdzem, pastorem, przewodnikiem duchowym. Nie polecam robić tego w domu...



Wiele osób pyta mnie, dlaczego nie chrzcimy naszych synów, choć wzięliśmy ślub w kościele, jesteśmy rodzicami chrzestnymi. Osoby, które znają mnie więcej niż kilka lat, dziwią się, że dziś nie chodzę do kościoła, a nawet nie poszłam na mszę pogrzebową dziadka (dobry i litościwy Boże - powiedział zapewne ksiądz podczas mszy, a dziadek umierał, dusząc się, więc nie chciało mi się tego słuchać w kościele, wystarczyło na cmentarzu) , choć w liceum byłam lektorką, czytałam fragmenty Biblii podczas mszy, wyjeżdżałam świętować Triduum Paschalne do seminarium duchownego, a ci, którzy znali mnie bliżej wiedzą, że po liceum chciałam wstąpić do zakonu i już nawet wiedziałam do jakiego.

Postanowiłam napisać ten tekst, żeby jeden jedyny raz rozprawić się z tym tematem. Wprawdzie uważam, że wiara jest indywidualną sprawą każdego człowieka, jednak ja nie wstydzę się o tym mówić.

W całym moim racjonalnym podejściu do życia wierzę, a może wierzyłam, że jest jakaś Siła, która czuwa nad tym, co się dzieje na świecie. Wątpię w to coraz bardziej i coraz bardziej jestem przekonana, że jak już umrzesz, to już jest koniec i ani światła, ani tunelu, ani pana z siwymi włosami i długą brodą siedzącego na chmurce nie będzie. Po prostu będzie koniec... choć chciałabym wierzyć, że jeszcze niektórym osobom po śmierci mogłabym nastukać, że Rysiek Riedel i Grzegorz Ciechowski śpiewają nadal, że te wszystkie genialne osoby, które w tym roku odeszły z Marią Czubaszek i moim dziadkiem na czele nadal prawią swoje mądrości. No i chciałabym zagrać w diabelskiej drużynie i zobaczyć, czy gorąca smoła daje podobne wrażenia jak morsowanie. Przekonana jestem jednak coraz bardziej, że to, co mamy do powiedzenia i zrobienia, musimy robić i mówić tu i teraz, bo żadnego potem nie ma.

Nastolatek to strasznie plastyczna materia, a nastolatek rozwalony wewnętrznie to materia tak podatna na kształtowanie jak ciasto na wigilijne pierogi. No i tak trafiłam w liceum na rekolekcje. Rodzice niewiele mieli dla nas czasu. Mama ogarniała pracę, dom, firmę ojca, a ojciec nieszczególnie był zainteresowany tym, co się działo w domu. Brat próbował dość nieporadnie skupiać uwagę na sobie, co powodowało, że przez częste wizyty w jego szkole rodzice w domu byli jeszcze rzadziej. I jak ktoś w takim momencie mówi, że ci pomoże, to idziesz w to jak dzik w kartofle. I ja poszłam. Nie żałuję, bo nauczyłam się, że nie można być w życiu naiwnym, że trzeba poznać wersję każdej strony, żeby poznać prawdę.

Przeszłam przez wspomniane wyżej czytanie w kościele, wyjazdy do wspólnot, seminarium, znajomości z siostrami zakonnymi i osobami świeckimi mocno zaangażowanymi w życie KK. Poznałam biskupów, byłam nawet stypendystką, bo taka byłam zdolna, poznałam wielu księży. Jeden z nich po latach odprawił naszą mszę ślubną. Muszę dodać, że wśród tych osób jest wiele autorytetów, że obok wyrachowanych do granic możliwości duchownych są wspaniali ludzie, którzy robią wiele dobrego. Nie poznałam jednak nikogo świętego...

Wszystko wydawało się idylliczne, aż nie zaczęłam myśleć "samodzielnie". Szybko zorientowałam się, że wciskanie ludziom kitu o grzechu, zachęcanie do spowiedzi, to po prostu prowadzenie na smyczy pokornych owieczek, którymi łatwo się steruje. Owieczki wierzą, że mogą robić co chcą, choć jest to niezgodne z tym, co mówi ksiądz z ambony, bo pójdą w pierwszy piątek miesiąca do spowiedzi i zostaną zbawione. A więc nie brakuje wśród wierzących, praktykujących katolików:związków nieformalnych, zdradzania, traktowania innych jak śmieci, knucia, dorabiania się kosztem innych, wyklinania wszystkiego i wszystkich z Bogiem łącznie, oszukiwania, kłamstw. Zbawienna jest spowiedź i tego trzyma się wiele osób. To był pierwszy sygnał, że coś w tej całej szopce jest nie tak, jak ja myślałam, że jest. Potem się okazało, że proboszcz kupujący fajki, a nierzadko i prezerwatywy na stacji benzynowej w sąsiednim powiecie, a nawet spotkany w agencji towarzyskiej przez parafianina to nie jest coś niezwykłego.

Prawdziwym przełomem był jednak bohater jednego z moich artykułów (a więc było to już kilka lat po ślubie). Molestowany przez księdza - honorowego obywatela mojego miasta - dorosły już dziś człowiek. Kiedy poznałam jego historię, a potem kolejne historie kolejnych osób i dramaty, z jakimi się spotkały, z jakimi muszą żyć do dziś, mimo upływu nawet kilkudziesięciu lat i brak jakiejkolwiek reakcji instytucji kościelnych sprawiły, że lampka w mojej głowie zaświeciła się światłem jasnym jak księżyc w superpełni. Zaczęłam czytać, rozmawiać, poznawać i oczy mi się otworzyły tak szeroko, że do dziś mam wytrzeszcz. Okazało się bowiem, że ta cała "wspólnota" nie różni się niczym od pierwszej lepszej sekty. Że mącenie ludziom w głowach jest potrzebne, żeby nimi łatwiej sterować, a kto bardziej biegły w psychologii stoi blisko ołtarza, bo ma z tego wymierne zyski.

I tak skończyła się moja przygoda z kościołem. Jestem Matką chrzestną dwóch chłopców. Na pewno nie nauczę ich niczego o wierze katolickiej (poza suchą teorią), ale mogę im przekazać, jak żyć przyzwoicie, jak być dobrym człowiekiem, jak być człowiekiem wrażliwym na krzywdę.

Moje dzieci nie są ochrzczone. Nie zabronię babciom, ciociom, wujkom zabrać ich do kościoła, bo w sumie po co mają mnie pytać dlaczego ten pan w sukience tak sam śpiewa, a inni tacy smutni siedzą. Niech babcię lub ciocię zapyta, jak już tam będą i niech im wytłumaczą, że tak wygląda radość ze zmartwychwstania. Jestem przygotowana na rozmowy o religiach - różnych i o tym dlaczego nie chodzą na katechezę (jeśli w ogóle pójdą do szkoły minister Zalewskiej) , dlaczego nie pójdą do komunii i nie dostaną na tę okoliczność quada.

Jak dorosną, same zdecydują, jak poprowadzić swoje życie i czy chcą należeć do jakiejś wspólnoty religijnej, czy chcą się modlić do Jahwe, Allaha, Buddy czy innego krzesła obwiązanego szalikiem. Jeśli wychowam synów mądrze, będą wiedzieć, że najważniejsze w życiu jest to, żeby nie robić krzywdy sobie i innym. Wierzę, czy nie wierzę, mam żyć przyzwoicie. A normy społeczne są uniwersalne...

I tylko świeckiego państwa sobie życzę od wielu lat, bo muszę zaczynać obchody 11 listopada w połowie, bo najpierw msza, bo prezydent mojego kraju klęka przed biskupem, kiedy jest "w pracy", bo na wigilię w ratuszu zapraszani są księża, ale o pastorze zielonoświątkowców i duchownych innych wyznań to już nikt nie pamięta, bo dzieci z rodzin innych niż katolickie mają przerwę w trakcie zajęć, kiedy katolicy mają katechezę, bo w szkołach obok godła mojego kraju wisi krzyż, bo hierarchów kościelnych prosi się o komentowanie polityki. Tak nie wygląda przyzwoitość i traktowanie wszystkich równo!

Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu
Trwa ładowanie komentarzy...