Jak druga ciąża nauczyła mnie życia

© Jacek Korzeniewski Fotografia
W pierwszej ciąży wyglądałam jak milion dolarów (amerykańskich rzecz jasna), czułam się jak młoda bogini (w dwóch pierwszych trymestrach), byłam samowystarczalną przyszłą mamą, która czuła się seksi wprost proporcjonalnie do rosnącego brzucha. Potem urodził się syn, a potem byłam w ciąży numer dwa i niemal wszystko było inne.

Informacja, że zostanę mamą była dla mnie zimnym prysznicem. W poukładanym i zaplanowanym życiu pojawiło się dziecko i tak namieszało, że zdecydowaliśmy się zostać rodzicami po raz drugi. Już kilka miesięcy po pierwszym porodzie dość poważnie porozmawialiśmy o tym, co dalej i że mój zegar biologiczny tyka znacznie szybciej niż mojego męża, więc albo wóz, albo przewóz.

Wydawało nam się, że wiemy, czego się spodziewać po narodzinach drugiego syna (nie braliśmy pod uwagę innej konfiguracji). I to jest dobre określenie wydawało nam się, że wiemy. Już pierwsze tygodnie ciąży były trudne. Pojawiły się komplikacje, ja nie miałam siły ani ochoty robić czegokolwiek, czułam się fatalnie, godzinami leżałam w łóżku, co skończyło się zwolnieniem lekarskim i kilkumiesięcznym "wykluczeniem z rynku pracy".


Prosić o pomoc
Roczne dziecko, trudna ciąża i mieszkanie na drugim piętrze nauczyły mnie przede wszystkim prosić o pomoc. Już nie mogłam sama wziąć: zakupów, dziecka, torebki i wdrapać się do mieszkania z psem na smyczy. Szybko uświadomiłam sobie, że przede wszystkim muszę zwolnić, i że nie muszę robić wszystkiego sama. Prosiłam więc o zaniesienie zakupów, a nawet o ich zrobienie, o popilnowanie syna przez godzinę, dwie, a nawet przez weekend. Mój mąż przeżył chyba największy szok, bo wielu rzeczy po prostu nie robiłam. I mam na myśli drobne sprawy, jak gotowanie obiadu, wkładanie naczyń do zmywarki, wieszanie prania. To wszystko często sprawiało mi trudność, a im brzuch był większy tym większą trudność.
I w tym miejscu namawiam wszystkie przyszłe mamy, żeby prosiły o pomoc. Nie wysługiwały się innymi, ale prosiły o wsparcie tam, gdzie jest ono rzeczywiście potrzebne.

Odpoczywać
W drugiej ciąży wyleżałam się za wszystkie czasy. Powodem był nie tylko brak sił, ale też ogromny problem z kręgosłupem i jak już się położyłam to wstawanie sprawiało taki ból, że porządnie musiałam się zastanowić, czy aby na pewno nie poleżeć jeszcze z godzinę. Szybko zauważyłam, że jak poleżę i odpocznę, to jestem bardziej pogodna. Wykorzystywałam czas, kiedy mąż był w pracy, a syn w żłobku, nie wstawałam rano, kiedy oni szykowali się do wyjścia. Świetnie dawali sobie radę beze mnie, wiec odpuściłam i ten stan trwa do dziś. W pierwszej ciąży wstawałam o 6:00, pracowałam na najwyższych obrotach, gotowałam obiad, sprzątałam, robiłam pranie, a wieczorami kończyłam różne sprawy służbowe. Ale byłam głupia. Tyle fajnych chwil z brzuchem przeleciało mi przez palce. Oczywiście nie żałuję, bo nie wiem, gdzie byłaby dziś moja firma, która w pierwszej ciąży dopiero się rozwijała, ale czy było warto tak zachrzaniać? Nie wiem...

Porządki
W drugiej ciąży nauczyłam się robić porządek. A miałam z tym zawsze problem straszny. Kilkunastomiesięczny syn, którego interesuje wszystko, co jest w zasięgu rąk i mama, która nie może w jednej chwili podnieść się z kanapy. Musiałam odkładać wszystkie rzeczy tam, gdzie jest ich miejsce, żeby bez sensu nie tracić energii na sprzątanie. I po części weszło to w krew. Wprawdzie nie zabieramy wszystkiego, czym syn może sobie zrobić krzywdę, z zasięgu jego rąk, bo uważamy, że musi się nauczyć, co mu wolno, a czego nie, jednak po co mam robić porządek w portfelu i torebce kilka razy w tygodniu, skoro mogę po wejściu do mieszkania odwiesić ją do szafy? Po co mam jechać z synem na pogotowie po włożeniu śrubokręta do kontaktu, jeśli mogę odłożyć go do szuflady, gdy tylko okaże się niepotrzebny? Po co mam prać ubrania drugi raz, bo syn zrzucił je na podłogę i bawi się w najlepsze, skoro mogę poskładać i włożyć je do szafy od razu po ściągnięciu ze sznurka, ew. poprosić o to męża? Po co mam syna przebierać lub "odsierściać" kilka razy dziennie, jeśli mogę po prostu odkurzyć? Po co mam robić porządek w dokumentach służbowych, ew. drukować nowe faktury, bo zostały podarte, popisane, skoro mogę je schować od razu, gdy nie są mi potrzebne?
Krótko rzecz ujmując, nauczyłam się, że robiąc niektóre rzeczy regularnie, tracę mniej energii i czasu na sprzątanie. Taka perfekcyjna pani domu ze mnie.

Najważniejsze, czego się jednak nauczyłam, to fakt, że nie muszę być na każde zawołanie. Mogę pomagać, ale mogę też odmawiać i nie tłumaczyć się z tego. Mogę po prostu nie chcieć czegoś komuś zrobić i mimo wszystko nadal będę żyć w zgodzie ze sobą, a wcześniej wydawało mi się, że jak ktoś potrzebuje pomocy, to ja muszę pomóc. Nie muszę, tak samo, jak nikt nie musi biec z pomocą do mnie. Nic nie muszę - taka zasada przyświecała mi przez niemal całą ciążę nr 2.

Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu, a i można wygrać coś dla dziecka.
Trwa ładowanie komentarzy...