O autorze
Sama mówi o sobie - dziennikarka niepokorna, niezależna, niepodporządkowana, ale dobrze zorganizowana. Świebodzinianka z wyboru, zakochana w swoim mężu do szaleństwa. Lubi piec, smażyć, gotować, przyjmować gości i karmić ich tym, co przygotowała. Jej niespełniona pasja to dekoracja wnętrz. Ma uczulenie na głupotę i bezpodstawną krytykę. Optymistka wkurzająca ludzi ciągłym uśmiechem.

Brałam ślub z mężem, a nie z jego rodziną. Czy na pewno?

W prezencie ślubnym dostaje się nową rodzinę
W prezencie ślubnym dostaje się nową rodzinę Arch. prywatne
Brałam ślub z mężem, a nie z teściową - to moja koronna zasada. Ale nie o teściowych tym razem.

Kiedy poznałam mojego męża, znałam już jego siostrę. Coś tam z opowieści wiedziałam o mamie, starszym bracie, bratowej i orientowałam się mniej więcej, kto gdzie mieszka, z kim i dlaczego i jak duża jest ta rodzina. Pracowałyśmy razem i w tej pracy też pewnego dnia pojawił się mój mąż. Został moim kolegą z działu - to był mój pierwszy i ostatni romans w pracy ;)



Ponieważ od pierwszych spotkań do wspólnego zamieszkania i ślubu nie minęło zbyt wiele czasu, nie mieliśmy okazji, żeby zapoznać nasze rodziny ze sobą. Oczywiście mąż znał najbliższe mi osoby, a ja orientowałam się mniej więcej, kto w tej jego ogromnej rodzinie jest czyim bratem, siostrą, synem, córką. Mniej więcej. Dokładnie to do dziś się nie orientuję, a małżeństwem jesteśmy już 6,5 roku.

Całkiem niedawno zdałam sobie jednak sprawę, że wprawdzie ślub wzięłam z mężem, ale w gratisie dostałam naprawdę dużą rodzinę. I choć na początku było to dla mnie sporą uciążliwością, bo zupełnie obcy mi przecież ludzie pytali nas między marketowymi półkami, co u nas słychać i kiedy dzieci, i dlaczego znów przytyłam, teraz już uznaję za całkiem miłe następstwo ślubu.

Okazuje się bowiem, że z czasem rodzina męża może stać się rodziną żony - nawet, gdy jest się tak zdystansowaną do świata i ludzi osobą jak ja. I choć kuzynka męża zawsze będzie przeze mnie nazywana kuzynką męża, a brat męża bratem męża, a nie szwagrem, nie zmienia to faktu, że po tych 6 latach z dużym hakiem nie mogę już powiedzieć, że to są zupełnie obcy mi ludzie. Wręcz przeciwnie. W kilku przypadkach mogę powiedzieć, że jednym z prezentów ślubnych były nowe relacje, szczególnie z kuzynostwem.

Zmorą mojego dzieciństwa był brak kuzynostwa. Wszystkie moje koleżanki miały kuzynów i kuzynki, a rodzeństwo moich rodziców nie miało dzieci, więc brakowało mi ciotecznych braci i sióstr. Dopiero gdy byłam pełnoletnia, zaczęły się rodzić dzieci moim wujkom, więc o relacjach kumpelskich nie było mowy. I pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że w pakiecie z mężem dostałam pokaźne grono kuzynów i kuzynek w dowolnym wieku. Można było wybierać i przebierać.

Z biegiem czasu relacje się zmieniały. Okazało się, że z częścią "nowej rodziny" będę się kontaktować w sprawach służbowych, z niektórymi mam wspólnych znajomych, a z innymi po prostu całkiem sympatycznie można spędzać czas przy wódce. Potem zaczęły rodzić się dzieci w niewielkich odstępach czasu i pojawiły się wspólne tematy, problemy są podobne. Jak to między kobietami, zwłaszcza tymi wżenionymi w rodzinę, pojawiają się różne spostrzeżenia na temat sytuacji zastanej. I choć kuzynka męża jest kuzynką męża i tak już zostanie, to ona jest już jakby bardziej "moja", a mniej jego, bo o czym on ma rozmawiać z kuzynką. I choć bratowa męża będzie już zawsze (oby) bratową męża, to z nią przegadam miliony minut przez telefon ku niezadowoleniu naszych mężów, zwłaszcza późnymi wieczorami.

I okazuje się, że kiedy moja mama nie może zająć się dziećmi, a moja bratowa jest w pracy, to przecież jest jeszcze bratowa męża i kuzynka męża i żona kuzyna. Takie prezenty ślubne są naprawdę cenne. Ale ja musiałam dorosnąć, żeby zacząć je doceniać.

Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu, a i można wygrać coś dla dziecka.
Trwa ładowanie komentarzy...