Wysłać malucha do babci i nie zwariować

© Marta Młodziejewska
Kto czyta moje wpisy od początku, wie, że niemal od urodzenia mój syn pozostawał pod opieką osób trzecich. Trzecich, a więc babć, cioć - tych z rodziny i tych samozwańczych, a od piątego miesiąca życia jest w żłobku. Tak - wróciłam do pracy. Nie - nie żałuję. Ale ten wpis będzie o czymś zupełnie innym. Będzie o dwulatku, który zostaje pod opieką babci na kilka dni. A w tym czasie rodzice po prostu odpoczywają.

Spodziewam się drugiego dziecka. Rozwiązanie planowane jest na początek jesieni, mąż jest codziennie w pracy do 15:00, w żłobku remont, mieszkamy na drugim piętrze, aktywny dwulatek pochłania 80% uwagi rodzica, a do tego pies i lekcje angielskiego dwa razy w tygodniu.



Nie jestem tak perfekcyjna, aby ogarnąć wszystko razem. Kiedy babcia zaproponowała, że zaopiekuje się wnukiem przez tydzień, w pierwszej chwili pomyślałam, że to nie wchodzi w grę, bo to strasznie dużo czasu. Chwila refleksji wystarczyła, żeby powiedzieć sobie: "nie jedzie na koniec świata, mogę go zabrać do domu, kiedy tylko chcę i odwiedzać choćby codziennie". Godzinę później torba była już spakowana, a dziecko gotowe do wyjazdu. Kilkanaście kilometrów to żadna odległość, a argumenty, że można ogarnąć to, co czeka na ogarnięcie od tygodni lub miesięcy, odpocząć, wziąć się porządnie za naukę języka choćby przez te kilka dni, a jednocześnie sprawić radość babci, która za tydzień wyjeżdża na długie dwa miesiące do pracy, sprawiły, że bez większych oporów powierzyłam opiekę nad synem babci.

Nie jest to pierwszy wyjazd mojego syna na kilka dni. W ubiegłym roku zdecydowaliśmy się na spędzenie przedłużonego weekendu bez kilkumiesięcznego dziecka, "pozbywamy" się od czasu do czasu "balastu" na godziny i dni, ale nigdy na tydzień.

Zgodnie przyznaliśmy z mężem, że teraz jest czas, kiedy tak naprawdę czas z dzieckiem sprawia nam największą frajdę. To nasze małe zło zaczyna ładnie składać wyrazy, a więc i dyskutować i kłócić się. Układa klocki, a nie tylko robi rozpierduchę, idzie na spacer za rękę, bawi się w piasku i widać jakieś przebłyski logiki w wielu wykonanych czynnościach. Obserwowanie takiego malucha sprawia nam radość. Ponieważ nie za bardzo lubimy dzieci, nie zachwycają nas sprawy, którymi wiele matek chętnie dzieli się z innymi, szczególnie w serwisach społecznościowych.

Teraz nasz syn wchodzi w etap, kiedy zmienia się z plasteliny do ulepienia w partnera do spędzania czasu. I kilkudniowa nieobecność sprawia, że zaczyna brakować tego tupania, pytań, marudzenia, usypiania, spacerów i czasu spędzanego w ogrodzie.

Chciałabym teraz, natychmiast pojechać odwiedzić syna, a nawet zabrać go do domu. Rozsądek podpowiada mi jednak, że jemu nie dzieje się krzywda. Kiedy dzwonię, słyszę, jak bawi się z innymi dziećmi, jak kłóci się z babcią. Wiem, że ma wszystko, czego potrzebuje - od jedzenia po miłość, poczucie bezpieczeństwa i ciepło.

Muszę sobie to jednak głośno tłumaczyć, żeby nie zwariować. Staram się używać w moim rodzicielstwie maksimum rozumu przy optymalnej dawce serca. Rzadko pozwalam sobie na działanie pod wpływem jedynie emocji. Nie wiem, jak przeżywałabym rozłąkę z synem, gdyby od urodzenia spędzała z nim całe doby. Pewnie byłoby mi trudniej i pewnie mamy, które są w trakcie rocznego urlopu macierzyńskiego nie do końca mnie rozumieją, bo "czas poświęcony dziecku jest największą radością, szczęściem" i "dziecku należy poświęcić maksimum czasu".

Dla mnie to maksimum jest po prostu w innym miejscu. Cenię sobie czas, w którym mogę zająć się sobą, mężem. Od trzech dni odpoczywam, uczę się języka, spędzam czas tylko z mężem - w domu, w restauracji, na zakupach. Cieszymy się sobą, bo wiemy, że od września będzie tego czasu mniej, znacznie mniej.

Wakacje od dziecka to naprawdę dobry pomysł.

Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu, a i można wygrać coś dla dziecka.
Trwa ładowanie komentarzy...