O autorze
Sama mówi o sobie - dziennikarka niepokorna, niezależna, niepodporządkowana, ale dobrze zorganizowana. Świebodzinianka z wyboru, zakochana w swoim mężu do szaleństwa. Lubi piec, smażyć, gotować, przyjmować gości i karmić ich tym, co przygotowała. Jej niespełniona pasja to dekoracja wnętrz. Ma uczulenie na głupotę i bezpodstawną krytykę. Optymistka wkurzająca ludzi ciągłym uśmiechem.

Nie każdą pustkę da się wypełnić

Żyj tak, żeby twoim bliskim zrobiło się smutno, gdy umrzesz
Żyj tak, żeby twoim bliskim zrobiło się smutno, gdy umrzesz © Archiwum prywatne
Ciąża, zwłaszcza ta dobrze znoszona, ze zdrowym dzieckiem, kojarzy się ze szczęściem i oczekiwaniem. Ja staram się łączyć tę eksplozję pozytywnych uczuć i wrażeń (pomijam kopniaki w żebra) z ogromnym smutkiem, który towarzyszy mi od dnia, w którym mój ukochany dziadek trafił do szpitala.

Kiedy tylko pomyślę o dziadku, łzy napływają mi do oczu, bo to był po prostu wyjątkowy człowiek. Taki prawdziwy wzór, dziadek idealny. Nie był przytulający i biegający z nami na plac zabaw, kiedy byliśmy dziećmi. Pracował. Był strażakiem. Miał czas na dziadkowanie, kiedy już byliśmy nastolatkami, ale wtedy „dziadek był niepotrzebny”. Choć nie był potrzebny i ważniejsi byli znajomi, szkoła, potem studia i praca, wiedzieliśmy, że on jest zawsze gotowy nam pomóc.



Trzeba było gdzieś nas zawieźć? Nie było problemu.
Trzeba było coś przykręcić, odkręcić, naprawić? Nie było problemu.
Chcieliśmy poziomki ze śmietaną? Jechał do lasu.
Narozrabialiśmy? Wystarczyło, że spojrzał.
Osiągaliśmy sukcesy? Wystarczyło, że się uśmiechnął.

Kiedy urodziłam syna, najważniejsze było dla mnie, żeby móc pojechać z nim do dziadka, bo on tak bardzo nas kochał i tak czekał na nasze odwiedziny, że aż miło robiło nam się, gdy wchodziliśmy do jego ogromnej kuchni i widzieliśmy go siedzącego w fotelu. Od pierwszych odwiedzin chętnie brał mojego syna na ręce, choć był tak bardzo słaby. Kiedy przed roczkiem zachorował i wydawało się, że to już ostatnie godziny, było mi smutno, że nie doczeka pierwszych urodzin mojego syna. Wykaraskał się jednak. Na roczek nie mógł przyjść, był wściekły, bo szykował się od rana, a popołudniu poczuł się źle. Ale cieszył się, kiedy Marek przyjeżdżał do niego. Te nasze małe zło od razu po przekroczeniu progu kazało dziadkowi kłaść nogi na fotel i śmigało na czworaka, jak pod mostem. Dziadek zanosił się śmiechem, a my patrzyliśmy jak dwa odległe pokolenia świetnie się ze sobą porozumiewają.

Kiedy podczas moich 30. urodzin zorganizowanych u dziadka tylko dlatego, żeby mógł wziąć w nich udział, powiedzieliśmy z mężem, że spodziewamy się drugiego dziecka, popatrzył i uśmiechnął się tylko. Pomyślał pewnie: „to jest po mojemu”, bo przecież sam miał czworo dzieci, o które dbał do ostatnich dni, jak tylko mógł, martwił się i przeżywał wszystkie problemy, choć dla nas to jego choroba była największym zmartwieniem.

Widzieliśmy w Wielkanoc, jak gaśnie w oczach, a jednocześnie jak bardzo się cieszy, że jesteśmy wszyscy razem, że o nim pamiętamy, że chcemy spędzać czas z nim. Kilka dni później leżał już pod respiratorem i mógł jedynie słuchać, co do niego mówimy. Kiedy byłam u niego po raz ostatni, powiedziałam, że bardzo go kochamy i że jest najlepszym dziadkiem na świecie, że zawsze staramy się postępować tak, żeby był z nas dumny. Chciałam, żeby mógł poznać mojego drugiego syna, ale wiedziałam, że każdy dzień jest dla niego męczarnią.

Kiedy zmarł, poczułam tak ogromną pustkę. Wiedziałam, że data śmierci nie będzie przypadkowa. 3 maja. Dzień wolny od pracy. Jeśli mógł mieć jakiś wpływ, to tak właśnie wybrał. Żeby to był dzień wolny, żebyśmy nie mieli wymówki, że nie mamy czasu się spotkać i pobyć razem chociaż przez chwilę na cmentarzu.

Dziadek leżał w szpitalu na tyle długo, że jeszcze po pogrzebie łapałam się na tym, że chciałam jechać go odwiedzić, potrzymać za rękę, pocałować w policzek. Żałobę każdy przechodzi inaczej, po swojemu. Mi brakuje najbardziej tego, że nie mogę pojechać i się wygadać, bo on zawsze słuchał, nie komentował, tylko patrzył i słuchał.
W ciąży żałoba jest trudniejsza do ogarnięcia. Cieszysz się tym nowym życiem, które z każdym dniem czujesz w sobie bardziej, a jednocześnie masz w środku taką niewymowną pustkę, której nie da się wypełnić i która już zostaje. Po tych kilku miesiącach od śmierci dziadka, a jednocześnie po kilku latach od śmierci babci i innych członków rodziny, bliższych i dalszych znajomych wiem, że to nie stopień pokrewieństwa warunkuje, jak dużą stratą jest śmierć.

„Żyj tak, żeby twoim bliskim zrobiło się smutno, gdy umrzesz” - mówią. On tak właśnie żył. Ja chcę tak żyć.

Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu, a i można wygrać coś dla dziecka.
Trwa ładowanie komentarzy...