O autorze
Sama mówi o sobie - dziennikarka niepokorna, niezależna, niepodporządkowana, ale dobrze zorganizowana. Świebodzinianka z wyboru, zakochana w swoim mężu do szaleństwa. Lubi piec, smażyć, gotować, przyjmować gości i karmić ich tym, co przygotowała. Jej niespełniona pasja to dekoracja wnętrz. Ma uczulenie na głupotę i bezpodstawną krytykę. Optymistka wkurzająca ludzi ciągłym uśmiechem.

Nikt nie każe ci żyć z tym konkretnym facetem

Nieidealny, ale najlepszy mąż na świecie
Nieidealny, ale najlepszy mąż na świecie © Jacek Korzeniewski Fotografia
Zamiast zmieniać faceta, lepiej zmień faceta – przeczytałam ostatnio w sieci. I to chyba najcelniejsze stwierdzenie opisujące to, co chcę przekazać kobietom narzekającym na swoich mężów/partnerów/narzeczonych. Skąd w nas, kobietach, taka chęć do wprowadzania zmian w innych ludziach, a jednocześnie brak zgody na krytykowanie nas?

Nie wiem jak i kiedy, ale właśnie minęło 7,5 roku naszego wspólnego maszerowania przez życie. To była najtrudniejsza i zarazem najciekawsza lekcja, która, mam nadzieję, będzie trwała jeszcze długie lata. Czasami znajomi pytają nas, czy my się kłócimy. Nie umiemy – to fakt. „Wypominki w listopadzie” - często można natomiast usłyszeć w naszym mieszkaniu. Staramy się na bieżąco wyjaśniać wszystkie wątpliwości, rozmawiamy o problemach, choć często wygląda to tak, że jedna strona drugą ciągnie za język i zadaje milion pytań, żeby znaleźć źródło konfliktu. Jesteśmy w stosunku do siebie nad wyraz cierpliwi i czasami widzę, jak mój mąż przewraca oczami i podziwiam go, że nie wybucha. Podobnie działa to w drugą stronę.



Czy to oznacza, że zawsze jest kolorowo? Nie (na szczęście). Zanim jeszcze wzięliśmy ślub pojawiła się wątpliwość, czy to aby na pewno dobry moment, i czy nie lepiej się rozejść, zanim lawina nabierze mocy. Było pakowanie walizek już po ślubie (tak naprawdę nie posiadamy walizek, ale torby spakowane stały już przed drzwiami), był płacz i były długie rozmowy. Nikomu nie mówimy o tym, co się między nami w danym momencie dzieje. Nie dzielimy się problemami z rodzicami i wspólnymi znajomymi. Załatwiamy wszystko w naszych czterech ścianach, między sobą. Mogę powiedzieć, że siłą naszego małżeństwa jest spokój i pewność mojego męża. To on nie wątpi, to on jest ośrodkiem spokoju i rozsądku, kiedy są najtrudniejsze dni. Ja natomiast jestem bardziej skora do trzaśnięcia za sobą drzwiami, ale też ja szybciej znajdę rozwiązanie problemu, a mój mąż szybciej to rozwiązanie wdroży w życie.

Na samym początku, zanim zamieszkaliśmy razem, próbowałam zmieniać niektóre rzeczy w moim mężu. I on próbował sprostać wymaganiom. Jaka ja głupia byłam. Dziś wiem, że pokochałam mężczyznę z konkretnymi wadami i zaletami i za nic w świecie nie chciałabym zmienić ani tego, co w nim dobre, ani tego, co mnie w nim wkurza.

Choć drugi raz nie zgodziłabym się zamieszkać z teściami, ani tym bardziej z moją mamą, uważam, że wielkim darem od losu był okres, kiedy pomieszkiwaliśmy w moim rodzinnym domu, a potem czas, który spędziliśmy z rodzicami mojego męża pod jednym dachem. To były niezwykle trudne dwa lata, ale dla naszego małżeństwa okazały się zbawienne. Jeszcze przed ślubem mogłam zobaczyć, jak moja teściowa wychowała mojego męża. Widziałam, w czym wyręczała go do ostatnich dni, jaka relacja łączy ją z teściem i dziećmi, na co zwraca uwagę, co jest dla niej ważne. A przecież to właśnie matka tworzy obraz rodziny, a synom pokazuje, jaka powinna być żona. Mogę oczywiście próbować zmieniać zasady, stawiać ultimatum, dyktować swoje warunki, ale nie chcę. Zobaczyłam, z jakiej gliny jest ulepiony mój mąż i miałam czas zastanowić, się, czy odpowiada mi taki model rodziny.

Oczywiście nasze małżeństwo nie jest kopią małżeństwa teściów, bo i ja jestem ulepiona z jakieś gliny (zupełnie innej) i wyniosłam z domu rodzinnego pewne zasady, które mój mąż obserwował, pomieszkując ze mną, opowiadałam, co, moim zdaniem, w mojej rodzinie jest dobre, a co chciałabym zmienić, ale też mój mąż zobaczył, czego zmienić się we mnie nie da.

Mój mąż nie lubi zmywać, nie wiem, czy umie umyć podłogę (pewnie umie), a ja nienawidzę wynosić śmieci. Staram się nie krytykować przywar mojego męża, nie używamy słów „zawsze” i „nigdy”, choć jest jeden wyjątek. Często słyszę: „Czy ty zawsze musisz rzucać torebkę na fotel”? No chyba muszę, bo zawsze to robię po wejściu do domu, więc odpowiadam: „Muszę”... I mój mąż odkłada tę torebkę na kanapę, jeśli chce usiąść przy biurku.
Jak udaje nam się dogadać w sprawach, w których się różnimy? Udaje się. Nie zmuszam mojego męża do robienia prania, zmywania, choć wiem, że nie miałby z tym problemu, ale też nie martwię się, że mam pustą lodówkę i brak czasu na zakupy. Mój mąż bierze torbę, kluczyk i wychodzi, rzucając: „jadę coś kupić, bo nic nie ma”. Kiedy potrzebuję się położyć, nie mówię, żeby mąż zajął się synem. Po prostu się kładę, a oni sobie doskonale radzą beze mnie. Kiedy mąż jedzie w delegację nie martwi się, że sobie nie poradzę. Jesteśmy małżeństwem na bardzo partnerskich zasadach.

Czasami tłumaczę mężowi, dlaczego ważne jest pokazanie synowi, jak należy dbać o garnitur, samochód i jak nie należy mówić o kobietach. On to dobrze wie, a moje gadanie wynika z mojej natury. On czasami z kolei tłumaczy mi różne rzeczy, które ja wiem, ale słucham cierpliwie. Dziś wiem, że mój mąż jest dobrym przykładem dla syna. Jeśli nic się nie zmieni, to moje dziecko będzie gotowe do założenia rodziny i nie będzie roszczeniowym dupkiem, leżącym z piwem na kanapie i czekającym aż żona przyniesie gazetę, obiad, a potem pozmywa, posprząta i jeszcze będzie gotowa wieczorem na sex. Pokazujemy synowi, że ważne jest pokazywanie sobie, co się czuje, mówienie, co się czuje i traktowanie bliskich osób z szacunkiem i że w rodzinie nie ma miejsca dla dyktatury, stawiania na swoim za wszelką cenę i przedmiotowego traktowania innych osób.

Cieszę się, że po wprowadzeniu do naszego mieszkania mój mąż nie oczekiwał ode mnie, że będę taką samą gospodynią jak jego mama i myślę, że on docenia to, że nie wymagam od niego, aby był jak mój ojciec. Na początku było zabawnie, bo wiele rzeczy, które robiła teściowa, nagle „się” nie zrobiło, ale też cieknący kran i zepsute drzwi w szafie okazały się problemem, z którym niekoniecznie facet chce sobie radzić. Jakoś się dotarliśmy i na całe szczęście stać nas, żeby za część usług zapłacić. Inaczej nasze mieszkanie byłoby ruiną. „To jest 5 minut roboty, tylko trzeba się wziąć” - nie wiem, dlaczego akurat tę zasadę życiową mój mąż przejął od swojego taty, ale faktem jest, że bez tej zasady nie byłoby tak śmiesznie...

Konkluzja? Masz wpływ na to, z kim idziesz przez życie. Jeśli są wady, które ci nie odpowiadają, nie próbuj na siłę zmieniać swojego faceta. Znacznie lepszym wyjściem jest zmiana na nowego faceta. Aha... no i najpierw wymagaj od siebie, zanim zaczniesz wypominać i próbować wpływać na zachowanie swojego przyszłego/obecnego męża. Zobacz, jakie to trudne, a często niemożliwe, aby zmienić swoje podejście do niektórych spraw. Akceptuj i wymagaj, ale też nie męcz się na siłę i dawaj od siebie tyle, ile chcesz dostawać!

Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu, a i można wygrać coś dla dziecka.
Trwa ładowanie komentarzy...