Gdzie jest dziś granica prywatności?

© Jacek Korzeniewski
Jako mama blogująca, pracująca wcześniej w mediach, tak naprawdę mieszkająca na Facebooku na pewno nie jestem wzorem do naśladowania, ale z drugiej strony nie mam sobie wiele do zarzucenia. Od dłuższego czasu zastanawiam się, jaki jest cel wrzucania do sieci zdjęć, zwłaszcza dzieci w różnych sytuacjach - także tych intymnych, bardzo prywatnych, często wstydliwych.

Przeglądam mój profil prywatny, gdzie treści widzą maksymalnie 224 osoby (długo nie wychodziłam poza 150, potem poza 200). Są to ludzie, których znam, z którymi wymieniam kilka słów, gdy się spotykamy, znajomi ze szkoły, uczelni, pracy, byłej pracy. Wielu osobom nie odpowiedziałam na zaproszenie, ponieważ nie chcę wpuszczać ich do swojego "prywatnego" świata. Mam oczywiście świadomość, że zrobienie screena i przesłanie go dalej zajmuje kilka sekund, dlatego uważam na to, co publikuję.



Patrzę na zdjęcia i widzę przede wszystkim siebie - w pracy, na imprezach, podczas morsowania, na wakacjach. Są zdjęcia mojej rodziny - tej najbliższej i tej dalszej. Wiele zdjęć widzi tylko moja mieszkająca za granicą mama oraz bratowa i bratowa mojego męża. Nie ma zdjęć, na których ktokolwiek (oprócz mnie) wygląda źle, głupio. Nie jest to próba tuszowania rzeczywistości, ale szacunek do tych osób. Jako dziennikarka pracująca przez kilka lat w lokalnych mediach uzbierałam obszerną galerię fotek, którymi mogłabym szantażować wiele osób - dłubiących w nosie, z potarganymi ubraniami, z najróżniejszymi minami. Mam też wiele takich zdjęć rodziny, w tym mojego dziecka. I do głowy mi nie przyszło, żeby te zdjęcia publikować.

Zabiłabym moich rodziców, gdyby dziś po sieci krążyło zdjęcie, na którym widać, jak siedzę ze zdjętymi gaciami na nocniku, jak biegam nago po podwórku, jak jestem kąpana, jak mam ospę, jak mam gorączkę, jak wypadły mi jedynki (swoją droga to chyba byłoby najciekawsze - ktoś z taką wadą zgryzu, jak ja, bez jedynek musi wyglądać osobliwie). Nie wyobrażam sobie, aby takie zdjęcia mojego dziecka krążyły po sieci. Z resztą nie przechowujemy zdjęć, które nie mają wartości na przyszłość, więc nie mam zdjęć robionych, kiedy syn był chory na ospę, miał wysoką gorączkę i wyglądał jak nieżywy, ale mamy takie, gdy śpi jak połamany na huśtawce, gdy jest obrażony na tatę, że wyjechał w delegację i nie zrobił mu śniadania, choć wcześniej zawsze robił. Takie fotografie niosą ze sobą wspomnienia i w przyszłości będą bezcenną pamiątką.

Rozmawiałam ze znajomymi na temat treści publikowanych na Facebooku i wiele osób podkreśla, że najgorsze są "młode mamy". Ilość zdjęć dzieci wrzucana codziennie powoduje, że ma się odruchy wymiotne. Rozumiem, że można być dumnym ze swojej pociechy rodzicem, ale po co zarzucać znajomych dziesięcioma zdjęciami ze spaceru, skoro rano informowało się o przygotowaniach do tego spaceru, śniadaniu, wstawaniu, ubieraniu, pierwszych krokach, pierwszych słowach, trzymaniu butelki? Ja tego nie rozumiem i chyba nie zrozumiem. Też jestem dumna, że mój syn biega, potrafi jeść parówkę i ziemniaki widelcem i z miliona innych rzeczy. To moje dziecko (w dodatku pierwsze), więc zaskakuje mnie codziennie tysiąc sytuacji, ale nie widzę konieczności opisywania ich i ilustrowania na Facebooku. Od kiedy zostałam mamą, nikt nie wyrzucił mnie z grona znajomych, a ja kilka mam wyrzuciłam, gdy urodziły dziecko, bo miałam najzwyczajniej w świecie dość czytania o gilach, kaszlu, usypianiu, podnoszeniu główki, raczkowaniu, siadaniu i oglądania miliona zdjęć dzieci. Wyrzuciłam też kilka osób, które szykowały się na wyjazd wakacyjny i do ślubu, ponieważ nie interesuje mnie poszukiwanie różowej walizki, kupowanie japonek, a pannę młodą w sukni naprawdę najbardziej lubię oglądać w dniu ślubu, a nie w dniu zakupu sukni i potem miesiąc po ślubie.

Mamy zaczynają opowiadanie o macierzyństwie już w czasie ciąży. Kilka minut po wyjściu od ginekologa wiem, że te dwie kreski to jednak nie było przewidzenie, że będzie córka, że to 20 tydzień ciąży, że 10 kilogramów na plusie, że dziecko zdrowe. Do tego obowiązkowe zdjęcia USG (często, o zgrozo, dostępne publicznie), potem relacja z porodówki i zdjęcie dziecka 15 minut po urodzeniu. I pomyśleć, że ja swojemu synowi pierwsze zdjęcie zrobiłam już po powrocie do domu, a mąż zrobił dwa w trakcie mierzenia iw ważenia, tylko dlatego, że ja nie mogłam przy tym być, bo leżałam jeszcze na sali operacyjnej.

Obrażamy się, gdy ktoś wtrąca się w nasze życie, gdy krytykuje i komentuje, a tak naprawdę dajemy swoje życie na tacy ludziom, z którymi niewiele nas łączy, żeby nie napisać, że nie łączy nas nic, oprócz wspólnych znajomych na Facebooku.

Przeczytałeś/aś? Pozostaw po sobie ślad na moim profilu na Facebooku.
Trwa ładowanie komentarzy...